sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 39 "Rozmowa"

-Victoria uważaj! – dziewczyna usłyszała dobrze znany jej głos, dochodzący z prawej strony.  Powoli uniosła głowę i zobaczyła Lenę, biegnącą w jej stronę. –Uważaj!- blondynka wrzasnęła ponownie. Victoria zerwała się na równe nogi i zorientowała się, że centralnie za nią stoi jakiś mężczyzna.

-Spokojnie, to tylko ja…- powtarzał w kółko, patrząc prosto w jej zielone oczy, które były przepełnione strachem.

-Marek?!- zdziwiła się Lena, kiedy podbiegła bliżej dziewczyny.- Wiesz jak ja się wystraszyłam?!- krzyczała.- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że też idziesz jej szukać?- spytała z trudem łapiąc oddech.

-Wyszedłem zaraz za Tobą, bo Twoja matka bała się, że i Ty się zgubisz… - tłumaczył ze spokojem.

-Ale jak widać się nie zgubiłam i nie potrzebnie się fatygowałeś.- stwierdziła ze sztucznym uśmiechem i spojrzała na Victorię, która sprawiała wrażenie niepełnosprawnej umysłowo. Dziewczyna kołysała się, trzęsła z zimna, powtarzała pod nosem słowa ‘To był on…’ i ciągle patrzyła na czubki swoich przemokniętych trampek. Blondynka delikatnie dotknęła jej przedramienia, a ona natychmiast odskoczyła. Tak, jakby bała się czyjegoś dotyku. – Victoria co się stało?- spytała miękko Lena. Nie uzyskała odpowiedzi. –Victoria…- szepnęła stając centralnie przed przyjaciółką. – Spójrz na mnie.- poprosiła, lecz od brunetki nie było żadnego odzewu. Zachowywała się tak jakby nie rozumiała tego co się do niej mówi. – Wracajmy do domu… - powiedziała kierując słowa tym razem do Marka. Ten skinął głową i zaczął iść się w stronę wejścia do budynku. Po chwili jednak usłyszał cichy trzask i krzyk Leny.- Marek, wracaj! Pomóż mi!

Kiedy mężczyzna wrócił do miejsca, w którym stał dosłownie kilka sekund wcześniej, zobaczył Lenę, ledwo trzymającą na rękach, półprzytomną Victorię. Blondynka podtrzymywała ją jedną ręką, a drugą delikatnie klepała po policzkach, w kółko powtarzając jej imię.

Marek podbiegł szybko do niej i wziął brunetkę na ręce. Jej głowa opadała do tyłu, ręce zwisały bezwładnie. Zawadzki trzymał ją mocno przy sobie. Od razu zaczął iść do mieszkania. Po upływie kilku minut dziewczyna leżała już na wielkiej kanapie, w salonie.

-Jak to się stało?- spytała Sylwia cucąc pannę Nowińską.

-Tak jak już Ci to tłumaczyłam, mamo…- powiedziała Lena, niecierpliwiąc się.- Marek poszedł już do środka, ja powiedziałam jej, że przeziębi się jak tam zostaniemy i kazałam jej wracać do domu. Ona powiedziała ‘To był on’ i wtedy uniosła wzrok, spojrzała na mnie. Była przerażona… Po tym wykonała taki… Dziwny ruch ręką, tak jakby chciała kogoś zatrzymać i zaczęła lecieć w dół, więc ją złapałam i zaczęłam wołać Marka. – wyjaśniła już któryś raz z kolei.

-Rozumiem…- westchnęła kobieta i zauważyła, że Victoria zaczyna się przebudzać. Jej ręka delikatnie drgnęła, a powieki zacisnęły się mocniej, przez co czoło automatycznie zmarszczyło się.- Victoria… Rybko… Victoria, słyszysz mnie?- pytała Sylwia. Brunetka delikatnie pokiwała głową, łapiąc się za nią. – Napij się wody.- powiedziała cicho ciotka i podała dziewczynie szklankę z cieczą, do której były wsypane odpowiednie środki.

Victoria nawet nie pomyślała o tym, żeby to wypić. Otworzyła oczy i natychmiast podrażniło je jasne światło. Usiadła, delikatnie opierając się o oparcie kanapy. Rozejrzała się wokoło. Krótko spojrzała na każdą zmartwioną twarz…

Lena stała nad nią, nerwowo przebierając palcami i maltretując biedny zamek od bluzy. Bała się, to było wypisane na jej twarzy… Kiedy blondynka była czymś zestresowana, lub zmartwiona, zawsze jej oczy robiły się jeszcze większe niż zwykle. Zaraz marszczyła czoło, unosząc brwi, lub dreptała z nogi na nogę ze spuszczoną głową… Tak też robiła w tej chwili.

Ciotka… Ciotka kucała przy dziewczynie, nadal trzymając niewielką szklankę w ręku. Martwiła się. Można było domyśleć się tego po tym, że nerwowo przygryzała dolną wargę, co oczywiście miała w nawyku, przy podobnych sytuacjach.

Może nie każda twarz była zmartwiona... 
Najspokojniejszy był Marek… On wydawał się być bez uczuć. Stał niewzruszony przyglądając się dziewczynie. Miał kamienną twarz. Tak jakby było mu obojętne to, czy coś jej się stanie, czy też nie. Stał opierając się o stół. Ręce miał skrzyżowane na piersi, a głowę uniesioną lekko do góry…

Victoria przyjrzała mu się dokładniej. Patrzyła na niego przez dobrych kilka minut. W salonie panowała martwa cisza. A on i ona patrzyli na siebie. Żadne z nich nie miało zamiaru odpuścić. Wzrok brunetki był jakby niespokojny, ślepy, matowy… Martwy. A spojrzenie Marka było takie suche, lecz zawzięte i pełne pewności siebie.

-Victoria, coś nie tak?- z ust Leny wydobyły się te dźwięki. Wtedy Marek zaprzestał walki, odwrócił się i po prostu wyszedł z salonu, kierując się do swojej sypialni. –Victoria!

-Dlaczego jestem mokra?- rzekła ni stąd, ni zowąd. Lena popatrzyła na swoją rodzicielkę, kobieta spojrzała na córkę. Obie były zdziwione.

-Nie pamiętasz co się stało?- Sylwia przeniosła spojrzenie na brunetkę.

-A coś się stało? – spytała bez emocji, nadal patrząc w miejsce, w którym chwilę wcześniej stał mężczyzna.

-Nieważne Rybko…- zaczęła kobieta.- Ważne, że nic Ci nie jest. Chodź, weźmiesz ciepły prysznic, ubierzesz się w czyste ciuchy i od razu poczujesz się lepiej.- oznajmiła wstając.

Victoria bez słowa wstała i skierowała się do łazienki. Tam czekały już na nią jej suche ciuchy. Brunetka wzięła prawie godzinny prysznic, w ciągu którego nie potrafiła przestać o wszystkim myśleć. Wiedziała, że szykuje się coś niedobrego… Czuła to. Za wszelką cenę chciałaby ochronić bliskich. Nawet ceną swojego życia… 
                                                            ***

Brunetka leżała na swoim łóżku, owinięta grubym kocem. Po przeciwnej stronie pokoju leżała Lena, ze słuchawkami w uszach… Jak zawsze, wolała odciąć się od świata. 

Relacje dziewczyn nie były już takie jak kiedyś. Dawniej nie potrafiły milczeć w swojej obecności, nie potrafiły wytrzymać bez siebie kilku godzin, ciągle śmiały się, śpiewały, tańczyły, cieszyły się ze wszystkiego, a teraz? Teraz nie potrafią nawet normalnie porozmawiać. Przez to wszystko straciły tak doskonały kontakt… Skoro przez wszystkie problemy ich przyjaźń wisi na włosku, to czy jest ona prawdziwa?

Dziewczyna usłyszała pukanie do drzwi, szepnęła ciche ‘Proszę’ i uniosła się do pozycji siedzącej. W drzwiach ukazała się ciotka. Kobieta delikatnie uśmiechnęła się do brunetki i podeszła do niej. Już po chwili siedziała obok nastolatki. Mocno przytuliła ją do siebie, tak jak dawniej. Victoria przymknęła oczy i oparła głowę o ramię Sylwii.

-Lena śpi?- spytała nagle kobieta.

-Możliwe. Już długo leży, więc chyba tak.- odrzekła szeptem Victoria. 

Obie zamilkły. Pani Prógowicz zaczęła się delikatnie kołysać. W przód i w tył… Co sprawiło, że brunetka zamknęła lekko oczy, uśmiechnęła się i głęboko, powoli oddychała. Poczuła jakby czas cofnął się o kilka lat… Kilka długich lat. Była młodsza. Targała ze sobą mniej doświadczeń. Nie wiedziała co ją czeka. Cieszyła się z tego co ma. Była nieświadoma, mała, szczęśliwa. Zadowolona z życia… Ale to już było. Nie wróci, choć mogłoby…

-Nic z tego co się wydarzyło nie było przypadkiem, prawda?- spytała Victoria.- Wszystko było dokładnie zaplanowane…

-Dlaczego tak sądzisz?- zdziwiła się.

-Ja tak nie sądzę. Ja to wiem. I Ty też o tym wiesz…

-Nie rozumiem Cię, Victoria.

-Rozumiesz, ale nie dopuszczasz tego do swoich myśli, wiem to. Rozumiem, że wygodniej byłoby nic nie wiedzieć… Wiesz więcej, ale nie wykorzystujesz tej wiedzy.

-O co Ci chodzi?- kobieta była już zdenerwowana.

-Moi rodzice nie zniknęli bez przyczyny. Jesteś tego świadoma, ale starasz się tego nie pokazywać. Widzę, że wiesz o co w tym wszystkim chodzi.

-Mylisz się. – odrzekła krótko Sylwia.

-Mam rację. Wiesz… Czasem myślę, że chcesz mi pomóc, dajesz mi znaki, ale ja nie potrafię ich prawidłowo odczytać. – westchnęła dziewczyna nadal mając zamknięte oczy. Ciotka milczała. – Widzisz, nie zaprzeczasz…

- Bo zastanawiam się skąd w Twojej głowie biorą się takie głupoty…

-Prawda jest głupotą?- spytała, a Sylwia westchnęła tylko głośno.

-Powinnaś już iść spać, Rybko…

-Jesteś pewna, że Marek jest tym jedynym? – spytała unosząc głowę i spoglądając prosto w oczy kobiety.

-Czemu o to pytasz?

-Bo chcę być pewna, że wiesz co robisz. – ujęła krótko i zwięźle.

-Je… Jestem…

-Nie jesteś. Ciociu, to widać, że sama nie wiesz co robisz. Kochasz go?

-Tak. –odrzekła szybko.- Mogę Cię o coś spytać? – w odpowiedzi uzyskała skinienie głową.- Dlaczego dzisiaj tak na siebie patrzyliście?

-On patrzył na mnie, więc ja na niego.- ucięła wymijając szczerą odpowiedź.

-Nie chodziło o to. – westchnęła.- Rozumiem Cię. - zamilkła, lecz po chwili dodała kilka słów na podsumowanie.- Nawet nie wiesz jak bardzo to wszystko jest głupie i banalne... Jesteś mądrzejsza niż wszyscy przewidywaliśmy… - szepnęła na jej ucho kobieta, wyszła spod ciepłego koca i opuściła sypialnie dziewczyn.

Victoria została ze wszystkim sama. Nie mogła powiedzieć o niczym Lenie. Bała się, że ją narazi. Jej ciotka miała przed nią tajemnice. Marek nie jest godny zaufania. To widać od razu… Victoria czuła się słaba, bezradna… Czuła się jakby nie miała własnego zdania. Jakby z każdym nowym dniem stawała się mniej ważna. Jakby znikała, umierała.  Nie miała z kim szczerze porozmawiać. Brakowało jej jego…

Po kilku godzinach głębokich rozmyśleń, zasnęła… Ogarnął ją słodki, spokojny sen. No, może nie do końca taki spokojny jak mógłby się wydawać…

Było dosyć ciepłe popołudnie. Wszystko działo się tak szybko i chaotycznie. No tak, w końcu przygotowania do ślubu szły pełną parą. Już prawie wszystko było gotowe. Lena szykowała się na ceremonię, ja byłam już ubrana. Błękitna suknia, sięgająca nad  kolana zdobiła moje chude ciało. Szpilki tego samego koloru już znajdowały się na moich nogach. Włosy dokładnie pokręcone, spięte. Makijaż zrobiony. Byłam gotowa…  Mogłam już wychodzić. Tak więc zrobiłam. Opuściłam mieszkanie, trzymając w rękach wielki bukiet białych róż... Gdy wyszłam z budynku moje ciało przywitał ciepły wiatr. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Słońce przebłyskiwało przez gałęzie wysokich drzew, pieszcząc moją twarz. Wszystko zapowiadało się tak przepięknie. Z każdą następną chwilą wierzyłam, że jednak moje przeczucia były złudne, że wszystko jednak się ułoży. 

Spojrzałam na budynek po przeciwnej stronie ulicy. Wtedy w oknie pojawił się on. Człowiek, którego darzę tak wyczuloną nienawiścią… Osoba, którą gardzę. Chciałam odwrócić wzrok, ale nie mogłam nawet się ruszyć. Byłam zmuszona patrzeć na niego… Pomachał do mnie, uśmiechnął się w ten sam sposób co kiedyś i prawą dłonią wskazał na jezdnię, na miejsce gdzie znajdowały się pasy. Automatycznie spojrzałam w tamto miejsce. Zobaczyłam uśmiechniętą ciotkę, przebiegającą przez jezdnię z białą suknią w rękach, a we włosach miała wczepioną białą różę. Identyczną jak te, które miałam w bukiecie. Zaraz, zaraz. Bukiet zniknął. Już nie trzymałam go w rękach… Czemu?

Nadal patrzyłam na nią. Była taka szczęśliwa… Nagle zza rogu wyłonił się duży, czarny samochód. Z wielką prędkością jechał w jej kierunku…



Mój krzyk, pisk opon, i krew… 








***






Rozdział... Jest nietypowy, ale bardzo ważny. Wszystko co się w nim znalazło ma swoje znaczenie. Wiem, że niektórym z Was nie podoba się treść, lub sposób w jaki to piszę... Rozumiem też to, że nie podoba Wam się to, że tak długo nie ma chłopaków... Ale na razie muszę omijać ich temat... :) 
Wiem, że to może być denerwujące, ale taka jest treść. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z tym jak sobie poukładałam. 
Dam Wam małą 'podpowiedź': Nic nie dzieje się bez przyczyny. Czyli to co powiedziała Vic...
Victoria zmądrzała... Ale czy to wyjdzie wszystkim na dobre?
Piszcie to co myślicie. Kocham czytać komentarze od Was. :) 

Hmm... Jeśli na prawdę bardzo przeszkadza Wam brak chłopaków, możecie zadawać im pytania na moim ASK'U. albo zacząć z nimi 'rozmowę'. Mam nadzieję, że jeśli ktoś z tego skorzysta to podołam temu, by odpowiedzieć, nie zdradzając zbyt dużej ilości szczegółów... :)

*
Muszę Wam bardzo podziękować za komentarze, za czas poświęcony na czytanie tego opowiadania. Jesteście wspaniałe, na prawdę! Kocham Was. <3 

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 38 "Płacz"

-Jesteśmy na miejscu.- rzekł Marek po prawie pięciogodzinnej podróży.

Victoria uniosła głowę i rozglądnęła się. Ujrzała długą, dokładnie oświetloną ulice wzdłuż, której ciągnęły się wysokie budynki. Samochód zatrzymał się pod jednym z nich. Dziewczyna westchnęła głośno. Spojrzała w górę. Budynek był wielki, długi. W niektórych oknach można było zobaczyć ludzi. Siedzieli przy stołach, w fotelach, lub po prostu na parapecie. Tak, jakby czegoś wyczekiwali. Patrzyli przez okno, co dla Victorii było niedorzeczne… Bezsensowne… Po co robić to w nocy?

Brunetka zatrzymała swój wzrok na jednym z nieoświetlonych okien. Zobaczyła tam kogoś znajomego. Była pewna, że go poznała. Była pewna, że to on. Mrugnęła kilka razy oczami- on nadal tam stał. Patrzył wprost na nią. Zmrużyła oczy, by dokładniej mu się przyjrzeć, a wtedy jego twarz stopiła się z ciemnością panującą w pomieszczeniu…

- Wysiadasz, czy nadal będziesz tu tak siedzieć i patrzeć?- z zamyśleń wyrwał ją magnetyczny głos Marka.

-Emm…- zacięła się, próbując oderwać wzrok od okna znajdującego się na piątym piętrze.- Już, już. Idę…- powiedziała i machnęła ręką tak jakby chciała zniechęcić mężczyznę do dalszych pytań. Narzeczony Sylwii zaśmiał się tylko pod nosem i pokiwał głową, wyciągając z bagażnika duże, brązowe pudełko.

Panna Nowińska w końcu spojrzała na Lenę, która stała przed samochodem i czekała, aż brunetka się ocknie. Zielonooka wysiadła z pojazdu, w ręce nadal ściskając podkoszulek Harry’ego, który wcześniej wręczyła jej blondynka.

- Gdzie mamy zanieść nasze rzeczy?- spytała Lena idąc w stronę Marka.

-Tamten budynek.- wskazał palcem na wysoki, szary blok.- Ósme piętro, mieszkanie poznasz, bo wisi na nim tabliczka z moim nazwiskiem…- rzucił w jej stronę swoje klucze, które dziewczyna od razu złapała. Mężczyzna posłał jej spokojny uśmiech i wyjął z bagażnika walizki obu przyjaciółek.

-Jasne…- szepnęła Lena i złapała swoją torbę na kółkach za rączkę. Victoria poszła w jej ślady i zaczęła ciągnąć za sobą walizkę.

Gdy wchodziła do bloku spojrzała na budynek mieszczący się po przeciwnej stronie ulicy. Dokładnie przyjrzała się, nie było go już tam. Odetchnęła z ulgą i weszła do środka.  Wsiadła do windy razem ze swoją przyjaciółką i oparła głowę o wielkie lustro.

-Myślisz, że teraz wszystko się ułoży? – spytała wpatrując się w swoje odbicie.

-Nie wiem. Nie wiem o co chodziło temu lekarzowi. Możesz mi to wszystko wyjaśnić?- blondynka nie uzyskała odpowiedzi.- Victoria!

-Nie mogę. – odrzekła szybko nawet nie zastanawiając się nad tym, czy odpowiedzieć Lenie, czy też nie.

-Dlaczego?

-Bo sama nie wiem co tu się dzieje. Kazał mi uciekać, więc ten wyjazd był chyba dobrym rozwiązaniem, prawda?

-Dlaczego tak szybko mu zaufałaś?

-Nie zadawaj mi takich głupich pytań.- powiedziała pod nosem poprawiając swoje długie, brązowe włosy.

-Ty wiesz o co chodzi…- spojrzała na zielonookż podejrzliwie.

-Lena, posłuchaj…- westchnęła głośno Victoria, w tym samym momencie drzwi od windy rozsunęły się na boki, a na wyświetlaczu nad nimi pojawiła się cyfra „8”.

-I tak wrócimy do tej rozmowy.- rzuciła blondynka wymijając Victorię.

Brunetka odetchnęła z ulgą i podążyła za Leną. Kiedy weszła do dosyć dużego mieszkania od razu w oczy rzucił jej się wielki, przestronny salon, połączony z kuchnią. Był urządzony nowocześnie i jasno. Na środku stała duża, zaokrąglona kanapa, na której było mnóstwo małych poduszek. Przed sofą stał niewielki, biały stolik. Naprzeciwko niego był wielki telewizor plazmowy, powieszony na ścianie, która była koloru beżowego. Za kanapą znajdowało się przejście do dużej kuchni, gdzie była już Lena.

Victoria odłożyła walizkę na bok, zdjęła buty i ostrożnie podążyła w stronę swojej przyjaciółki, która siedziała już na blacie kuchennym i jadła znalezione na półce jabłko.

-Ładnie tu…- powiedziała między kęsami.

-Masz rację. – przytaknęła i rozejrzała się dookoła. Jej uwagę przykuły masywne, jasnobrązowe drzwi, znajdujące się po przeciwnej stronie salonu. 
Dziewczyna udała się w ich stronę. Najpierw delikatnie złapała za okrągłą klamkę i po chwili powoli ją przekręciła. Kiedy usłyszała cichy brzdęk, popchnęła je, wtedy jej oczom ukazał się śliczny, dobrze urządzony pokój. Victoria domyśliła się, że pokój od teraz, będzie należał do niej i do Leny, która już stała obok brunetki.

-To wszystko już było przygotowane… Oni wiedzieli, że zgodzimy się tu przyjechać…- szepnęła Lena jeszcze bardziej podejrzliwym tonem niż wtedy, kiedy dziewczyny były w windzie.

-Uspokój się. Pewnie przygotowali to wszystko przed całym tym incydentem…- westchnęła i opadła spokojnie na łóżko.

-Nie wiem, jakoś nie potrafię przekonać się do tego całego wyjazdu, do przeprowadzki…

-Z czasem się przekonasz. – dziewczyna ułożyła się wygodniej.

-Czemu jesteś taka spokojna, jakaś taka bez emocji?

-Wydaje Ci się. Jestem po prostu zmęczona. – odparła zamykając oczy.

-Powiedz mi o co chodzi. Proszę. Chce wiedzieć… Widzę, że Cie coś dręczy.- szepnęła siadając przy przyjaciółce.

-Nie chcę o tym rozmawiać. Było minęło, prawda?- wzięła głęboki oddech.- Nie mam ochoty do tego wracać.

-Ale strasznie się przez to zmieniłaś. Ja chcę, żeby było jak dawniej…

-Też chcę, ale to niemożliwe. – Victoria usiadła, opierając plecy o fioletową ścianę, spojrzała prosto w ciemne, oczy Leny, w których dokładnie widoczna była troska.

- Nigdy się nie dowiem gdzie wtedy byłaś? – szepnęła ze łzami w oczach.

-Nawet jeśli byś się dowiedziała, to co by Ci to dało?- spytała sarkastycznie.

-No…- zacięła się.

-Właśnie.

-No, po prostu wiedziałabym… Może mogłabym Ci jakoś pomóc. – brnęła dalej w ten temat.

-Mnie już nie da się pomóc. To już się wydarzyło. Nie zmienisz przebiegu tych sytuacji. Nie cofniesz czasu. Nie powstrzymasz go przed tym co zrobił i nie uratujesz mnie z tej pieprzonej szopy! Rozumiesz?!- wrzasnęła dziewczyna, po czym wybiegła z pokoju.

Nie patrzyła gdzie się kieruje. Złapała swoje czarne trampki, sięgające po kostkę i szybko, w biegu je ubrała. Co chwilę ocierała łzy. Zbiegała po długich schodach, co chwilę potykając się o nie. W końcu po chwili wydostała się w wysokiego budynku. Zwolniła rozglądając się dookoła. Odgarnęła z twarzy włosy, które przykleiły się do jej mokrych policzków, po czym zaczęła iść przed siebie. Nawet nie zdążyła ujść kilku metrów, a cały jej świat zaczął wirować, kręcić się, niczym karuzela. Panna Nowińska syknęła cicho i złapała się za głowę. Szybko usiadła na brudnym chodniku, skrzyżowała nogi po czym przyciągnęła je do siebie, tak, że czoło oparła na kolanach. Cały czas było słychać szloch… Dziewczyna nie mogła przestać płakać. Skuliła się bardziej i mocno zamknęła oczy.

To był On, jestem tego pewna… W stu procentach… On wrócił… On nie odpuści, znów mnie skrzywdzi. Pamiętam jak poszłam na ten cholerny spacer. Do dzisiaj żałuję, że to zrobiłam. Co mnie podkusiło, żeby iść gdzieś samej?! Wtedy… Wracałam już do domu. I pojawił się On. Szedł za mną, a ja byłam przerażona. Ciągle bolała mnie głowa. Nie miałam nawet siły, żeby uciekać. Skręciłam w jakąś uliczkę, której praktycznie nie znałam… I to był mój błąd, bo gdybym biegła przed siebie, to w końcu dobiegłabym do domu! Głowa bolała mnie coraz bardziej, a moje nogi nie chciały już ze mną współpracować… Przewróciłam się, a wtedy… Dostałam czymś w głowę… Dokładnie pamiętam jego uśmiech… Uśmiechnął się tak obleśnie, triumfalnie. Tak, zwyciężył…

Dziewczyna płakała coraz bardziej. Nie mogła już złapać oddechu. Chciała wyrzucić z siebie wszystko. Swój cały żal, strach. Potrzebowała szczerej rozmowy… Ale odbiorcą jej monologu wcale nie miała być Lena… Chciała porozmawiać z kimś, komu nie musiałaby wszystkiego tłumaczyć, z kimś, kto już o wszystkim wiedział… Kto domyśliłby się o co chodzi z jednego jej spojrzenia… Tym kimś był Niall. Victoria nadal za nim tęskniła… I wątpiła w to, że kiedykolwiek się to zmieni…

Jak się obudziłam… Nawet nie wiedziałam ile czasu minęło. Nie wiedziałam gdzie jestem, co się ze mną dzieje. Wiem, że byłam cała zdrętwiała… Musiałam długo leżeć w tej samej pozycji. Moje nogi i ręce były związane… A usta zaklejone taśmą. Nie mogłam się ani ruszać, ani krzyczeć. Nie mogłam zrobić nic. Byłam skrępowana. Z trudem się podniosłam. Wtedy go zobaczyłam. Siedział tam, na tym fotelu… Był taki spokojny. Jakby był bez serca. Zachowywał się tak, jakby nie miał żadnych uczyć. Był zimny i oschły… Tak wiele razy mnie bił… Nie wiem ile dni tam byłam… Dotykał mnie po całym ciele. Jego dłonie były zawsze takie zimne. Kiedy mnie dotykał przechodził po mnie zawsze, ten sam, nieprzyjemny dreszcz. Tak, jakby dotykała mnie śmierć. Zimna, spokojna, bez emocji…

Panna Nowińska podniosła głowę. Dopiero wtedy zorientowała się, że zaczął padać deszcz. Wcześniej nawet nie poczuła, że leje jak z cebra. Brunetka była już cała przemoknięta. Niezdarnie przetarła prawą ręką po lewym oku, by otrzeć łzy, których i tak nie było już widać, bo zmieszały się z deszczem.

Tak, zrobił to. Zgwałcił mnie. Tak bez skrupułów. Jakby to nic dla niego nie znaczyło. Nie chciałam tego. Krzyczałam, szarpałam się, ale on nie reagował na moje wołania. Biłam go, drapałam. Nie dawało to nawet najmniejszego rezultatu. Nic. Był jakby z kamienia. Był taki zimny i brutalny. Jego nachalne dłonie dotykały już chyba całego mojego ciała. On nie odpuścił do samego końca, ja też nie. Wciąż wierzyłam, że moje krzyki mi w czymś pomogą… Ale one tylko pomagały jemu… Kiedy krzyczałam był coraz bardziej brutalny. Robił to mocniej… Nie… Nie mogę…

Dziewczyna zaczęła na głos mówić wszystko to co myślała. Zaczęła krzyczeć sama do siebie. Deszcz zmywał z jej ust każde wypowiedziane przez nią słowo…

Nienawidzę Cię… Jak ja Cie nienawidzę… Chciałabym żeby Ciebie spotkało to samo co mnie. Dokładnie to samo. Żebyś cierpiał tak jak ja. Żebyś został oszukany, żebyś wszystko stracił! Żebyś wszystko sobie zniszczył! Nienawidzę Cię! Tak bardzo Cię nienawidzę…

Wrzeszczała ciągle te same słowa. Po kilku minutach pogubiła się w swoich myślach. Nie mówiła już nic. Wciąż płakała, siedząc w tej samej pozycji, kołysząc się… W przód i w tył… W przód i w tył… To ją uspokajało. Kochała to. Jej ciotka zawsze uspokajała ją właśnie w ten sposób: mocno ją przytulała i tkwiąc w uścisku kołysała się z nią spokojnie. Tęskniła za tym. Tęskniła za wszystkim co było kiedyś. Za spokojem, za zdrowiem, za szczęściem… Wciąż zadawała sobie pytanie, dlaczego akurat padło na nią? Dlaczego to ona została porwana? Dlaczego to ona poznała chłopaków? Czemu to wszystko przytrafiło się akurat jej…

Jej płacz stawał się coraz głośniejszy…

Kiedy dziewczyna poczuła, że jest jej naprawdę zimno, zaczęła kulić się jeszcze bardziej, by zatrzymać przy sobie ciepło, którego i tak już za wiele nie pozostało. Victoria przyciągnęła nogi jeszcze bliżej swojego przemarzniętego ciała. Oparła brodę o kolana. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk:

-Victoria, uważaj!







***






Tym razem zacznę od tego, że bardzo przepraszam Was za to, że tak długo nic się nie pojawiało. Niestety, jak zawsze Wam powtarzam, mam teraz tyle na głowie, że nie starcza mi czasu na pisanie. Przykro mi z tego powodu, ale jakoś trzeba dalej ciągnąć…
Hmm… Wiem, że rozdział nie jest idealny, za co przepraszam.
Jak zwykle proszę o komentarze. :) Liczy się nawet ten najkrótszy… Po prostu liczy się każda Wasza opinia i każde słowo.
Jeśli naprawdę nie macie czasu pisać jakichś długich komentarzy, to wystarczy kilka słów. Choćby ‘Czekam nn’, lub po prostu ‘:)’. Ucieszę się z każdego komentarza.
Dziękuję wszystkim osobom, które czytają moje opowiadanie. <3
Jesteście naprawdę kochane.
Zapraszam na mojego ASK'A, na którym możecie zadawać pytania mi, lub bohaterom opowiadania. :)
Jak myślicie, kto krzyczał do Victorii? Kto stał w oknie? Co wydarzy się w nowym rozdziale?
I dlaczego, według Was, tak długo nie ma chłopaków?
I bardzo proszę o szczere opinie o tym rozdziale. :)
Piszcie co uważacie.


Do następnego. <3