piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 60 "Pistolet"

Dziewczynka biegła przed siebie najszybciej jak tylko potrafiła.  Znalezienie wyjścia z budynku w tym tempie zajęło jej dwie minuty, lecz miała wrażenie, że trwało to całą wieczność. Nie mogła pogodzić się z tym, że zostawiła swoją siostrę samą, z tym psycholem. Łzy spływały po jej policzkach rzęsistym strumieniem, ale ona nie poddawała się. Wciąż biegła przed siebie, w nadziei, że jeszcze uda się jej uratować starszą siostrę.

Vanessa była małą dziewczynką, która była bardzo inteligentna jak na swój wiek. Rozumiała wiele rzeczy, o których nawet nie musiała z nikim rozmawiać. Potrafiła dokładnie patrzeć i analizować wszystko co działo się wokół niej. Wiedziała, że jeśli się nie pospieszy, los jej siostry może zostać przesądzony…

Kiedy wybiegła z ciemnej uliczki, od razu spostrzegła, że nieopodal tego felernego budynku jest park. Na pierwszej ławce z brzegu siedziała starsza pani, rzucając grupce gołębi pokruszony, stary chleb. Vanessa prędko zerwała się w jej kierunku. Miała nadzieję, że kobieta pomoże jej w uratowaniu życia Victorii.

-Przepraszam…- zaczęła, podbiegając do staruszki.- Ma pani przy sobie telefon? Jest mi bardzo potrzebny… To sprawa życia lub śmierci…

-Nie, niestety nie, dziecko. W moim wieku telefon nie jest już człowiekowi potrzebny…- odrzekła ślimaczym tempem, co jedynie zdenerwowało Vanessę.- Ale jeśli chcesz wiedzieć, która jest godzina, to…- ciągnęła dalej swoją wypowiedź, podciągając rękaw kurtki, by spojrzeć na zegarek, lecz  dziewczynka nie pozwoliła jej dokończyć.

-Chcę tylko wiedzieć, jak najszybciej dotrzeć do tego hotelu?- wyjaśniła niecierpliwym tonem, podając staruszce do ręki pognieciony skrawek kartki. Kobieta poprawiła na swoim starym nosie okulary, marszcząc czoło i oddalając od siebie kartkę. Po chwili uśmiechnęła się lekko.

–Bardzo łatwo tam dotrzeć! Musisz przejść przez cały park, wzdłuż głównej dróżki. A przy niewielkim placu zabaw, skręć w prawo…- objaśniła. –Dziecko, kochane… To jeden z najdroższych hoteli w calutkim Londynie!- zawyła, kiedy dotarł do niej ten fakt. – Jesteś pewna, że chcesz zatrzymać się właśnie…

-Dziękuję za pomoc!- krzyknęła dziewczynka, przerywając starszej pani w połowie zdania.

Liczyła się każda sekunda. Vanessa nie miała czasu na słuchanie wywodów jakiejś samotnej babci. Dokładnie wiedziała, co to samotność i jak potrafi ona być nieprzyjemna, ale w tamtej chwili liczyła się dla niej jedynie jej siostra i to, by pomóc jej w każdy możliwy sposób.

Biegnąc przez park, Vanessa dziękowała samej sobie za to, że w wolnych chwilach często biegała lub tańczyła balet. Dzięki temu miała doskonałą kondycję, więc nie musiała się przejmować kolką, bólem mięśni, czy też zmęczeniem, bo nie doskwierało jej to.

Po niecałych dziesięciu minutach biegu w szaleńczym tempie, dziewczynka zauważyła plac zabaw. Była przeszczęśliwa. Prędko skręciła w prawo, tak jak poleciła jej staruszka. Przebiegła przez krótką alejkę, dzięki czemu znalazła się na ulicy, tętniącej życiem. Wszędzie było pełno ludzi, wszyscy spieszyli się gdzieś.

Tu jakaś pani z płaczącym dzieckiem, próbowała zaciągnąć je do przedszkola.  Tam mężczyzna w garniturze wsiadał do luksusowej limuzyny, a jeszcze obok jakiś chłopiec roznosił gazety.

Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Wokół dziewczynki zrobił się taki szum, że przez chwilę nie wiedziała, po co się tam znalazła. Chaos w jej głowie narodził się w ciągu kilku sekund. Nie była przyzwyczajona do przebywania w takim otoczeniu.

Była przerażona ilością ludzi, którzy znajdowali się wokoło.
Dopiero kiedy usłyszała głośny pisk opon zorientowała się, że zatrzymała się na środku przejścia dla pieszych. W strachu, pędem zerwała się w kierunku chodnika, który znajdował się parę metrów dalej. Gdy znalazła się w bezpiecznym miejscu, odetchnęła z ulgą, opierając się o ścianę jakiegoś budynku.

-Powinnaś bardziej uważać…- usłyszała czyjś głos za sobą. Odwróciła się w kierunku, skąd dochodził ten dźwięk i ujrzała chłopca, mniej więcej w jej wieku. Tego samego, który przed chwilą roznosił gazety. –Nic ci nie jest?- spytał, uśmiechając się lekko.

-Nie… Nic. Tylko trochę się przestraszyłam… - wyjaśniła, kładąc dłoń na klatce piersiowej, w miejscu gdzie znajduje się serce.

-Jesteś pierwszy raz w Londynie, że tak reagujesz na taki tłok?- zdziwił się, przyglądając się jej dokładnie.

-Zgadłeś…- odrzekła krótko, rozglądając się dookoła. Nigdzie nie mogła odnaleźć hotelu, do którego zmierzała. Westchnęła ciężko, wkładając do kieszeni dłoń, by wyciągnąć kartkę, na której napisany był adres hotelu.  Kiedy wyjęła skrawek papieru okazało się, że nie była to ta kartka, której dziewczynka poszukiwała. Był to list, który Victoria napisała do Leny. –Nie ma jej…- mruknęła pod nosem w niedowierzaniu. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie zabrała kartki od staruszki, którą spotkała wcześniej.

Nie wiedziała co powinna zrobić. W panice zaczęła jeszcze raz przeszukiwać wszystkie kieszenie, lecz nic jej to nie dało. Kartki nigdzie nie było. Jej dłonie nerwowym ruchem przeczesały długie, karmelowe włosy.

-Wszystko w porządku?- spytał chłopiec, który nadal bacznie się jej przyglądał.

-Posłuchaj… Znasz może Lenę Prógowicz? Muszę jak najszybciej się do niej dostać... –powiedziała na jednym wydechu.

-Lenę? To ta dziewczyna Malika, co nie?- zapytał dla jasności, lecz widząc zdziwioną minę Vanessy, zrozumiał, że dziewczynka nie wie kim jest Zayn.- Nieważne… - mruknął.- O ile się nie mylę, to są w tamtym hotelu… - wskazał palcem na wielki budynek, znajdujący się niedaleko. –Powodzenia, przy przeciskaniu się przez fanki One Direction, które stoją pod hotelem od dobrych kilkunastu godzin- odrzekł szybko.

-Dziękuję…- rzuciła pod nosem.

Już po kilku minutach dziewczynka znalazła się pod hotelem. Tak jak ostrzegał ją chłopiec od gazet- przed wejściem do hotelu stała jakaś setka dziewczyn, krzyczących w niebogłosy „One Direction! One Direction!”. Vanessa nie miała najmniejszych szans, żeby samej przedrzeć się przez tłum rozwrzeszczanych fanek, ale nie mogła odpuścić. Nie teraz. Straciła już wystarczająco dużo czasu, więc nie mogła marnować go dalej.

Szybko zaczęła przeciskać się między piszczącymi nastolatkami. Kilka razy oczywiście dostała łokciem w głowę, gdyż była o wiele niższa od większości dziewczyn, stojących tam. Gdy w końcu jakoś udało jej się dostać do samych drzwi, na jej drodze stał ochroniarz, wpuszczający do środka jedynie osoby, mające przy sobie karty do pokoi hotelowych. Niebieskooka postanowiła spróbować swoich sił. Podeszła do mężczyzny, próbując przecisnąć się obok niego, lecz w ostatniej chwili ochroniarz złapał ją za rękę i wręcz wyszarpał na zewnątrz.

-Ja muszę dostać się do środka!- krzyknęła bezradnie dziewczynka. – To naprawdę bardzo ważne!

-Mhm…- fuknął facet w czerni.- Reszta twoich koleżanek też ma „bardzo ważną” sprawę do załatwienia w środku...

-Proszę, naprawdę bardzo pana proszę. Muszę tam wejść…- spojrzała błagalnie na mężczyznę. –Lena Prógowicz to moja kuzynka, a ja mam dla niej list od Victorii!

-Czekaj, czekaj…- przechodzący obok mężczyzna zainteresował się tym, co powiedziała Vanessa. Oczywiście, tym mężczyzną był Marek.- Masz kontakt z Victorią?!- zdziwił się, podchodząc do niej.

-Tak… To…- zająknęła się krótko, wyciągając z kieszeni kartkę zgiętą bardzo dokładnie. –To jest list dla Leny. Napisała go Victoria- oznajmiła, podając go mężczyźnie.- Jeśli ja nie mogę wejść do środka, to czy mógłby pan dać go Lenie?- spytała z nadzieją.

Marek wziął od niebieskookiej list, po czym złapał ją za rękę, tym samym prowadząc dziewczynkę do środka. Vanessa grzecznie poszła za Zawadzkim, wierząc w to, że on pomoże uratować Victorię.

-Wiesz gdzie ona jest?- spytał, kiedy znaleźli się już w holu, w którym było o wiele ciszej, niż na zewnątrz.

-Tak… Wiem… Byłyśmy tam razem zamknięte. To taki wielki, stary budynek, piętnaście minut drogi stąd… - oznajmiła. –Mógłby pan ją uratować? Błagam. Ona została tam sama z Harrym. On ją zabije!- uniosła się z przerażenia.

-Jak to z Harrym…?- zdziwił się.

-Tak nazywa się chłopak, który nas porwał… - wyjaśniła, nie rozumiejąc zdziwienia Marka.

-To niemożliwe…- mruknął pod nosem, podchodząc do recepcjonistki, stojącej na wielką ladą. –Zajmij się tą małą- rozkazał.- Daj jej coś ciepłego do zjedzenia, bo jest cała przemarznięta…- wskazał na Vanessę.

Kobieta przytaknęła cicho, wychodząc z recepcji. Złapała dziewczynkę za rękę, po czym zaprowadziła ją do hotelowej restauracji. Vanessa odchodząc, bacznie przyglądała się Markowi, który szybko otwierał list.

Droga Leno,

Nie wiem w czyje ręce trafi ten list, ale mam nadzieję, że w Twoje. Zaopiekuj się dobrze Vanessą, proszę. Nie chcę, żeby coś jej się stało. Zajmij ją czymś wesołym, żeby nie myślała za bardzo o tym wszystkim.

Już wiem, kim jest osoba, która wyrządziła nam tyle krzywdy. To Harry.  Wiem, pewnie jesteś tak samo zdziwiona jak ja. Też trudno mi w to uwierzyć.

Nie wiem, gdzie jestem. Nie mam pojęcia co to za budynek. Z okna widzę jedynie jakiś wielki supermarket i kwiaciarnie o nazwie „Błękitna róża”.

Jeśli nie uda Wam się zainterweniować na czas, to wiedz, że bardzo Cię kocham. I dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Za każdą chwilę, którą mi poświęciłaś.

Przekaż Niall’owi, żeby starał się zawsze być szczęśliwy i uśmiechnięty. I żeby nigdy nie zapominał o tym, jak bardzo ważny dla mnie był.

Przepraszam za to całe zamieszanie,

Victoria.

Zawadzki bez namysłu wyciągnął z kieszeni marynarki swoją komórkę, po czym szybko wybrał właściwy numer. Po chwili usłyszał w słuchawce rozzłoszczony głos swojego szefa.

-Mam nadzieję, że dzwonisz z czymś ważnym, bo nie mam czasu, żeby znowu słuchać twoich nędznych tłumaczeń- warknął złośliwie.

-Wiem gdzie jest Victoria, szefie- odrzekł. Niemal od razu usłyszał brzdęk sztućców rzucanych na talerz.

-Na co czekasz?!- krzyknął głośno.-Mów, gdzie ona jest?

-Wie szef, gdzie znajduje się kwiaciarnia „Błękitna róża”?- spytał prędko.

-To kilka kroków od mojego mieszkania… - stwierdził pod nosem.

-Victoria napisała do Leny list, w którym opisała to, że ktoś więzi ją w budynku, z którego widzi ową kwiaciarnie.

-Zaraz tam będę…- mruknął, w biegu ubierając na nogi swoje buty.
Już po kilku sekundach Marek usłyszał w słuchawce trzask rzucanego o ziemię telefonu.

                                      *Dwadzieścia minut wcześniej*

Dziewczyna wzięła głęboki oddech, by chociaż trochę zapanować nad swoimi nerwami. W takiej sytuacji było to niemożliwe, lecz co szkodziło spróbować?

Bruneta nadal nie mogła uwierzyć, że to był Harry. Że to on był sprawcą wszystkich wyrządzonych jej krzywd. Czy przy pierwszym porwaniu to również był on? Wciąż analizowała wszystko w głowie. Była pewna, że tamtym razem porwał ją ten sam mężczyzna co tym. Nie pomyliłaby się. Zapach i głos tej osoby można poznać wszędzie…

Po chwili z zamyśleń wyrwało ją trzaśnięcie drzwi pomieszczenia, w którym wcześniej była przetrzymywana. Brunetka poczuła jak jej żołądek wykręca się na drugą stronę. Jej oddech stał się o wiele płytszy, a powietrze coraz ciężej wlatywało do jej płuc.

-Oh, Victorio, moja Victorio…- zawołał chłopak.

Dziewczyna zmarszczyła czoło. Nie był to Harry. Tego głosu nawet nie można było porównać z głosem Harry’ego.
Na samą myśl o tym, co miało wydarzyć się za chwilę, poczuła na plecach nieprzyjemny dreszcz. Uważnie wyczekiwała momentu, w którym otworzą się drzwi do pokoju, co nastąpiło już po kilku sekundach. Kiedy ujrzała faceta, wchodzącego do środka, jej kolana zmiękły, przez co musiała podtrzymać się biurka.

-Tu jest moja zguba… Spacerków ci się zachciało, kochanie?- syknął. Słysząc ostatnie słowo jego wypowiedzi panna Nowińska poczuła ucisk w samym środku serca. Nie wiedziała, czy było to spowodowane stresem, czy też wspomnieniami, związanymi z tym wyrazem. –Kochanie…- powtórzył z czułością. –Stęskniłem się za tobą… Nie przywitasz się?- spytał, szeroko rozstawiając ręce, by przytulić dziewczynę. Zielonooka skrzywiła się, widząc, co mężczyzna chciał zrobić.

-Nie waż się mnie tknąć…- warknęła, odsuwając się do tyłu.

-Ojj… Nie udawaj, że nie chcesz…- uśmiechnął się w ten sam sposób. Ten sam, co zawsze. Dziewczyna wciąż miała wrażenie, że widziała go nie tylko pod ukryciem kominiarki…

-Uwierz, że nie chcę. Nie chce cię znać, frajerze- warknęła. –Dlaczego wciągnąłeś w to wszystko Vanessę?- spytała.- Ja ci nie wystarczam?

-Nie było ciebie… A kogoś musiałem mieć pod ręką, żeby wyładować na nim moją złość…

-Ona jest jeszcze dzieckiem! Naprawdę nie rusza cię to, że ona mogłaby być twoją młodszą siostrą?! Jak mogłeś tak ją skrzywdzić?- krzyknęła. Słysząc ciszę, którą obdarzył ją facet, westchnęła głośno. - Nie jesteś Harry’m. Po co kłamałeś?- rzuciła, po czym poczuła za swoimi plecami ścianę. Zaklęła cicho pod nosem.

-A dlaczego nie?- zaśmiał się głośno. –Udawanie twojego kochasia sprawiało mi nieziemską przyjemność. Zwłaszcza wtedy, kiedy twoja kochana siostrzyczka błagała mnie, żebym przestał ją bić, wołając do mnie „Harry”…

-Jesteś chory!- krzyknęła prosto w jego twarz. Mężczyzna mocno złapał ją za podbródek, unosząc go do góry, po czym gwałtownie wpił się w jej usta.  Victoria próbowała go odepchnąć, lecz jej starania zawiodły. On przywarł ją do ściany, przytrzymując jej liche nadgarstki nad jej głową. –Pu…Puszczaj mnie!- wrzeszczała, szarpiąc się.

-A co będę za to miał?- spytał, na sekundę przerywając pocałunki.

W pewnej chwili Victoria z całych sił, które zdołała z siebie wykrzesić, kopnęła go prosto w krocze. Facet zgiął się w pół, łapiąc dłonią za bolące miejsce. Drugą ręką mocno złapał za szyję brunetki, która już po chwili zaczęła robić się sina na twarzy.

-Spróbuj zrobić to jeszcze raz, a pożałujesz tego i ty i twoja urocza siostrzyczka…- warknął, zabierając rękę z jej szyi.- Wiesz… Ona też całkiem nieźle całuje…- mruknął, odwracając się do dziewczyny tyłem. Odszedł kawałek, zbliżając się do biurka.

Victoria nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Poczuła obrzydzenie, a zarazem chęć zemsty na nim. Pierwszy raz miała ochotę zrobić komuś krzywdę. Poczuła, że chciała go zabić.
Zmarszczyła brwi, starając się wyrównać oddech.

-Jesteś obrzydliwy…- warknęła, krztusząc się.

-Nie takie komplementy już w życiu słyszałem…- zaszczycił się tak, jakby rzeczywiście miał czym.

Był pochłonięty szukaniem czegoś w jednej z szuflad biurka. Panna Nowińska postanowiła wykorzystać ten moment, do odkrycia kim tak naprawdę jest jej oprawca. Podbiegła do niego i szybko zdarła z jego głowy kominiarkę. To, co zobaczyła, wcale jej nie zdziwiło…

Pod kominiarką chował się nie kto inny jak Parker. Młody Parker. Dziewczyna zmrużyła oczy, widząc zaskoczenie na jego twarzy. Nie spodziewał się, że mogłaby to zrobić.

-Nick?!- wrzasnęła, policzkując go.- Jak mogłeś?! Jak mogłeś mi to zrobić?!- wrzeszczała jak opętana.

Chłopak w jednej chwili wyjął z biurka nieduży pistolet, po czym odbezpieczył go, wymierzając spluwą w głowę brunetki. Ona stanęła jak wryta w ziemię. Zamknęła mocno oczy, modląc się, żeby Nick nie pociągnął za spust.

-I co teraz, suko?!- wykrzyczał.

-Dlaczego mi to robisz?- spytała, spoglądając głęboko w jego ciemne oczy.- Co ja ci takiego zrobiłam?

-Ja tylko pomagam komuś zemścić się na twojej chorej rodzince… Udajecie taką idealną, układną rodzinę, a naprawdę… Nie wiecie o sobie nic- odrzekł szybko.- Każde z was ma na swoim sumieniu coś, czego żałujecie, czyż nie? –uśmiechnął się, unosząc jedną brew.- Jednym z plusów tej roboty jest to, że mnie pociągasz… I to, że mogę robić z tobą co tylko mi się podoba…- wymruczał, przejeżdżając końcówką pistoletu przez policzek brunetki, po czym zatrzymał się na jej szyi. Ona ciężko przełknęła ślinę.

-Komu pomagasz…?- zapytała z trudem.

-Powinnaś zapytać o to twojego tatusia… - zaśmiał się, zjeżdżając spluwą pistoletu między piersi dziewczyny.

-Przecież… Mój tato zaginął…- odrzekła krótko, starając się zignorować pistolet, coraz bardziej wbijający się w jej pierś.

-Jesteś taka naiwna i głupia… -w całym pomieszczeniu ponownie rozbrzmiał jego charakterystyczny śmiech. – Nie tego ojca…- odrzekł. Dziewczyna zmarszczyła czoło. -Jeszcze tak wiele nie wiesz o przeszłości swojej matki… Radziłbym ci porozmawiać z nią i zapytać, jak to jest zdradzać swojego męża…


-Co?- fuknęła.- Moja mama nigdy nie zdradziłaby taty, ty idioto! To, że twój ojciec nie jest idealny, nie oznacza, że musisz oczerniać moich rodziców! – wrzasnęła, gwałtownie łapiąc chłopaka za rękę, po czym w bardzo szybkim tempie przejęła jego pistolet. –Mów, kto cię wynajął!- wrzasnęła najgłośniej jak tylko potrafiła, przykładając pistolet do skroni chłopaka. -Mów!





***
Kochane, mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. 
Przepraszam za błędy. 

CZEKAM NA WASZE OPINIE! 
CHCĘ WIEDZIEĆ, CO O TYM MYŚLICIE?
SĄDZICIE, ŻE VICTORIA ZABIJE NICKA, CZY TEŻ NIE?
Piszcie w komentarzach. <3 

Do następnego. ;)

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 59 "Sekunda"

Kiedy siostry wpadły sobie w ramiona, nie potrafiły się od siebie oderwać. Obie wylały z siebie potok łez. Ich zaskoczenie i szczęście było nie do opisania. Żadna z nich nie spodziewała się tego spotkania. Obie już nawet przestały o tym marzyć. Pogodziły się ze swoim losem. Pogodziły się z przegraną. Jednak życie przygotowało dla nich również tę miłą niespodziankę… Życie, czy też pewna osoba, której obie tak bardzo nienawidziły?

Vanessa wreszcie poczuła, że ktoś przy niej jest. Nareszcie mogła cieszyć się z bliskości drugiej osoby. Osoby, którą była jej ukochana siostra. Dziewczynka niejednokrotnie żałowała tego, że zgodziła się wyjechać. Chociaż, stwierdzenie „zgodziła się” nie jest zgodne z prawdą. Dziecko nie miało wtedy wyboru. Została zamknięta w luksusowym domu, w którym miała wszystko, czego tylko zechciała. Wszystko, prócz rodziny. Tam nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać, pośmiać się… Choćby pomilczeć, bo czasem też do tego jest potrzebna druga osoba. Przez tak długi czas tęskniła za Victorią, za wszystkimi wspólnie spędzonymi chwilami, za możliwością krótkiej rozmowy ze swoją kochaną, nadopiekuńczą siostrą. Często wspominała to, jak Vic dawała jej bardzo pouczające lekcje, na temat życia, mimo tego, że sama miała zaledwie kilkanaście lat… Wolałaby ciągle słuchać tych bezsensownych kazań, niż być zamknięta w domu, jak więzień w celi.

Już dawno temu zapomniała jak to jest mieć starszą siostrę. Jakie to uczucie, kiedy ma się osobę, której można zaufać, powiedzieć wszystko, co tylko się zapragnie. Przyzwyczaiła się do kilkurazowych wizyt prywatnych nauczycieli, którzy mieli za zadanie jedynie nauczyć ją danego tematu i jak najszybciej ją opuścić. Przyzwyczaiła się do samotności.

Brunetka po raz ostatni pociągnęła nosem, po czym odsunęła się od siostry na tyle, by spojrzeć w jej piękne, niebieskie oczy. Tak bardzo się zmieniła. Zielonooka wciąż pamiętała chwilę, w której widziała siostrę po raz ostatni…

Były to jej szóste urodziny. Pamiętam jak radośnie biegała po całym domu. Tak bardzo chciała otworzyć swoje wymarzone prezenty. Rano zaprosiła mnóstwo koleżanek, a wieczorem- jak zawsze- nadszedł czas na otworzenie wszystkich paczek.  Jeszcze wtedy nie wiedziała, że lepszym rozwiązaniem byłoby w ogóle ich nie dotykać… Z resztą, co tu dużo mówić, żadna z nas nie wiedziała.

Kiedy przyszedł odpowiedni czas, wszyscy-ja, mama, tata i Vanessa- zebraliśmy się w salonie, gdzie znajdowały się wszystkie prezenty, które Van otrzymała w ciągu dnia. Tak bardzo czekałam, aż otworzy prezent od rodziców. Byłam bardzo ciekawa co takiego jej podarowali, że wszyscy musieliśmy być obecni przy otwieraniu koperty. Obie byłyśmy bardzo podekscytowane. W pewnym momencie jej mina zrzedła. Dobrze wiedziała jak wglądają bilety na samolot, bo bardzo często się przeprowadzaliśmy.  Domyśliłam się, o co chodzi. Tak bardzo nie chciałyśmy, żeby nasze przeczucia się sprawdziły. Nie chciałyśmy kolejnej przeprowadzki.

Gdy po chwili rodzice rozwiali nasze wątpliwości, okazało się, że bilety wcale nie oznaczają zmiany miejsca zamieszkania. W jednej chwili kamień spadł nam z serca, a chwilę po tym znów przygniótł je z niewiarygodną siłą.

Mówili, że to dla naszego dobra. Że muszą nas rozdzielić po to, by nikt nie zrobił nam krzywdy. Wtedy nie rozumiałam dlaczego ktoś miałby nas krzywdzić… Byłam mała, naiwna i głupia.

Godzinę później Vanessa siedziała już w taksówce. Jedynym, symbolicznym pożegnaniem był moment, w którym pomachała mi przez szybę. Bała się. Widziałam to w jej dużych, szarych oczach…

Wyglądała tak słodko, ślicznie, jak mała, niewinna laleczka. Jej włosy były wtedy złote, niczym kłosy. Nie tak jak teraz… Tak bardzo się zmieniła. Jej oczy zrobiły się bardziej niebieskie, odzwierciedlają niebo. Zaś włosy przybrały koloru karmelowego. Znacznie urosła. Na pewno za niedługo będzie ode mnie wyższa…

Tak bardzo za nią tęskniłam…

Nie wierzyła w to, że naprawdę się spotkały. Nie potrafiła zrozumieć jak do tego doszło. Westchnęła głośno, próbując choć trochę poukładać sobie w głowie wszystkie myśli, które się w niej kłębiły. Było to niemożliwe.

-Skąd się tu wzięłaś? – spytała Victoria, dokładnie przyglądając się swojej młodszej siostrze.

-Sama chciałabym wiedzieć- szepnęła, spuszczając głowę. Wszystko działo się za szybko. Tak mała dziewczynka nie była w stanie zrozumieć większości rzeczy, które działy się wokół niej.- To… To ciebie on wczoraj ciągnął za nogi przez korytarz?- zapytała niepewnie. Bała się mówić, bała się wykonać jakiś pewniejszy ruch… Victoria wolała nawet nie myśleć, co musiało stać się dziewczynce. Wiedziała, że gdyby ten psychol zrobił krzywdę jej siostrze, nie potrafiłaby się powstrzymać… Robiłaby wszystko, by móc się zemścić. By móc sprawić, żeby cierpiał tak samo, jak cierpiała ona.

-Tak, to byłam ja- stwierdziła z trudem brunetka. Zrobiła kilka kroków w tył, po czym oparła się o niewielkie biurko. W skupieniu przyglądała się zabiedzonej buzi młodszej siostry. –Vanessa… Proszę, opowiesz mi jak się tu znalazłaś?- poprosiła, lecz widząc wahanie  na twarzy dziewczynki, postanowiła dorzucić szybko jedno zdanie, które- miała nadzieję- że skłoni  Van do powiedzenia prawdy. -To bardzo ważne- powiedziała, bardzo delikatnie gładząc siostrę po bladym policzku.

Niebieskooka wzięła krótki, płytki oddech, rozglądając się po pomieszczeniu. Wiedziała, że on mógł w każdej chwili wrócić, a tego bała się najbardziej. Nie mogła znów pozwolić, żeby ją uderzył. Nie chciała czuć tego bólu po raz setny.

Nienawidziła każdej chwili, w której powiedziała coś, co nie spodobało się temu facetowi. Za wszytko, co mu nie pasowało dziewczynka dostawała lanie. Nie była mu nic winna. Zawiniła tym, że była siostrą Victorii…

-Kiedy rodzice wysłali mnie do „szkoły”, myślałam, że to będzie prawdziwa szkoła z internatem, tak jak nam to przedstawiali. Że będą tam inne dzieci, z którymi będę mogła nawiązać kontakt… -zaczęła bardzo niepewnie, dla pewności znów oglądając się za siebie.- Tak naprawdę był to normalny dom, w którym byłam zamknięta. Nie mogłam z niego wychodzić. Za każdym razem kiedy chciałam wyjść z pokoju do łazienki lub do kuchni, chodziła za mną kobieta, która była moją opiekunką.

-Dobrze, to rozumiem… Ale dlaczego tu jesteś? – zdziwiła się Vic. Nadal nie rozumiała co siostra starała się jej przekazać.

-Jakiś miesiąc temu przyszedł do mnie nowy nauczyciel tańca. Powiedział, że rodzice wykupili dla mnie lot do Londynu, na wycieczkę, a on będzie się mną tam opiekował. Kazał się spakować i jak najszybciej dać mu walizkę. Tak też zrobiłam. Emmy, czyli mojej opiekunki, nigdzie nie było, więc mu zaufałam… - westchnęła, spuszczając swoją małą główkę w dół. Brunetka zauważyła, że z jej oczu zaczęły wydostawać się pojedyncze łzy.

-Nie płacz, kochanie…- szepnęła zielonooka, przyciągając do siebie Vanessę w czułym uścisku. Dziewczynka spięła się automatycznie, jakby bała się, że Victoria mogłaby jej coś zrobić. Panna Nowińska wiedziała co to oznacza. –Vanessa, wiem, że to dla ciebie trudne, ale muszę wiedzieć jeszcze jedną rzecz… - pogładziła siostrę po głowie. Niebieskooka uniosła swoją twarz, kierując wzrok na Vic. –Co on ci zrobił?

-Nie wiem… Tego jak się tu znalazłam nie pamiętam… - wzruszyła ramionami, unikając poprawnej odpowiedzi.

W tamtym momencie z jej kościstego ramienia zsunął się rękaw cienkiego sweterka. Brunetka zauważyła, że na łopatkach Małej jest wiele siniaków i śladów po zadrapaniach. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jak można zrobić coś takiego dziecku?! Przecież ona miała zaledwie dziesięć lat…

-Powiedz mi… Czy on zrobił ci coś więcej…?- spytała niezręcznie brunetka, ocierając łzy z policzków.

- Tylko mnie bije. Bardzo często. Mówi, że to wszystko przez ciebie… Ciągle krzyczy, że gdyby nie to, że tak bardzo go zraniłaś, to nic by się nie stało…- powiedziała, wznawiając swój gorzki szloch.

Victoria szybko wtuliła w swoje ciało płaczącą dziewczynkę. Nie mogła sobie wybaczyć tego, że przez nią cierpią wszyscy. Nawet jej młodsza, niewinna siostrzyczka. Nie obchodziło ją już nic. Mogła nawet umrzeć, tylko po to, by uratować siostrę. Chciała poświęcić swoje życie, by Vanessa nie musiała już dłużej cierpieć… Była gotowa zrobić dla niej wszystko.

-Vic… Ty… Ty naprawdę, aż tak go skrzywdziłaś…?- wyłkała dziewczynka o pięknych, karmelowych włosach.

-Ja… Sama nie wiem. Nie wiem kim jest osoba, która nas prześladuje. Nie wiem jak on wygląda, bo zawsze kiedy jest w pobliżu mnie zakłada kominiarkę…- westchnęła.

-Jak to nie wiesz? Przy mnie nigdy się nie zakrywał!- odrzekła zdziwiona.

-Widziałaś go? Wiesz jak wygląda? – spytała zaskoczona, patrząc na siostrę swoimi wielkimi, zielonymi oczyma. Vanessa jedynie pokiwała twierdząco głową. – Mogłabyś opisać jego wygląd?! Proszę…- nalegała niecierpliwie.

Nie mogła odpuścić. Była o krok od rozwiązania zagadki, która tak długo ją męczyła. Była tak blisko od odkrycia kto był jej oprawcą. Wiedziała, że ponaglanie Vanessy wcale nie polepszy jej stanu, ale nie mogła czekać. W tamtej sytuacji ważna była każda sekunda.

-Tak… M… Mogę…- jąknęła niepewnie dziewczynka. – Ma brązowe włosy, jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany… Ma wyjątkowo szczupłe nogi- wymieniała pod nosem.- I kilka tatuaży... Cały czas się uśmiecha. Nawet wtedy, kiedy mnie bije… - z trudem przełknęła ślinę. –Ma na imię… Tak jakoś… Kurczę…- warknęła sama do siebie. Nie mogła sobie przypomnieć jak nazywał się chłopak, który był szefem całego zamieszania. O ile można to nazwać zamieszaniem…

-Spróbuj sobie przypomnieć…- mruknęła błagalnym tonem jej starsza siostra.

-Wiem!- zawyła radośnie. Lecz ze łzami na policzkach jej mina nie wyglądała na zbyt zadowoloną. –Ma na imię Harry!

Wszystko wokół zaczęło wirować. Czas stanął w miejscu. Nie liczyło się już nic, poza tym, że był to Harry…

Jej oprawcą była osoba, którą dziewczyna tak bardzo kochała. Nadal kochała. Wiedziała, że zrobiła błąd zrywając ze Styles’em, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, że chłopak wziął to tak bardzo do siebie. Zauważyła, że osoba, którą kreują media nie jest prawdziwym Harry’m. Że on nie jest kobieciarzem, który codziennie przyprowadza inną, tylko po to, by się z nią zabawić. Czuła, że jest wrażliwy i tak naprawdę łatwo go zranić, ale nie wierzyła w to, że byłby do tego zdolny. Nie on. Nie ten Harry, którego pokochała.

-Vanessa… Przemyśl to na spokojnie… Jesteś pewna, że ten facet nazywa się Harry? – spytała, nadal nie mogąc uwierzyć w słowa młodszej siostry.

-Tak. Wielokrotnie mi to powtarzał- odrzekła spokojnie. –Mówił, że poznał cię na wakacjach. Że byłaś jego jedyną, największą miłością i złamałaś mu serce, całując jego przyjaciela… - powiedziała, wygrzebując te słowa gdzieś z dna swojej pamięci.

-Po cholerę on ci to wszystko mówił?!- warknęła, odrzucając swoje długie, brązowe włosy przez jedno ramię. Wstała z miejsca i zaczęła nerwowo chodzić po pomieszczeniu. Na szczęście w tym pokoju podłoga nie trzeszczała, bo z pewnością doprowadziłoby to ją do szaleństwa. –Jak on mógł… - szepnęła. – Skoro chciał odegrać się na mnie, to dlaczego porwał ciebie?!- analizowała wszystko pod nosem.- Przecież to się nie trzyma kupy… Kiedy pierwszy raz zostałam porwana, jeszcze byliśmy razem… -stwierdziła, patrząc zdziwiona na niebieskooką. – Chociaż… Opis do niego pasował… -złapała się za głowę, nie wiedząc już co powinna o tym wszystkim myśleć. Spojrzała za Małą. - Nie… Vanessa… Powiedz, że to tylko twój głupi żart…- westchnęła z bezradności. Widząc zmieszany wyraz twarzy swojej siostry, brunetka podeszła do niej i lekko ją przytuliła. – Przepraszam…- wyszeptała, całując delikatnie głowę niebieskookiej. –Przepraszam…- powtórzyła, by uspokoić zarówno siebie, jak i Vanessę.

Kilka minut później dziewczęta były już opanowane. Victoria siedziała na biurku, wyglądając przez okno. Bacznie obserwowała wszystko co się za nim działo. Próbowała zwrócić uwagę na wszystkie szczegóły, które mogły być charakterystyczne dla tego miejsca.  Zaś Vanessa leżała spokojnie na tapczanie, w kącie pomieszczenia. Nerwowo kopała nogą w niewielkie krzesło, stojące obok niej.

Obie zastanawiały się nad tym w jaki sposób mogłyby wydostać się z tego budynku. Żadna z nich nie wiedziała, jak mogłyby zaznać wolności. Jak mogłyby się uratować? Może powinny czekać, aż zostaną uratowane przez innych?  Nie. Nie mogły czekać.

-Próbowałaś kiedykolwiek stąd uciec?- spytała brunetka, obracając w prawej dłoni długopis. Robiła to tak bardzo wpatrzona w ten przedmiot, że można było stwierdzić, iż była zaklęta. Każdy ruch wykonywała dbale, powoli i zaskakująco płynnie. Tak, zdecydowanie, była już spokojniejsza.  

-Po pierwszej próbie ucieczki sobie odpuściłam… Wtedy tak mnie pobił, że nie mogłam się ruszać przez prawie tydzień…- westchnęła ciężko na samo wspomnienie o tej chwili. Ciągle miała przed oczami jego uśmiech. A na plecach ślady paska...

-A zdążyłaś może zorientować się gdzie jest wyjście…?- zaciekawiła się prędko, skupiając całą swoją uwagę na młodszej siostrze.

-Tak… Byłam już na tyłach, obok jakichś kontenerów- odrzekła, powodując jeszcze większe zaciekawienie Victorii.- Ale, kiedy próbowałam przeskoczyć przez siatkę, złapał mnie. Zaczęłam krzyczeć, rzucać się, ale nic mi to nie dało. Nikt nawet nie zwrócił na to uwagi, bo on szybko zatkał moje usta ręką i zaciągnął do środka. Wtedy przeniósł mnie do innego pokoju, czyli tutaj, gdzie jesteśmy teraz… Bo wcześniej byłam jakieś dwa piętra niżej.- wyjaśniła.  –Czemu pytasz?

-Byłabyś w stanie dotrzeć tam ponownie? – brunetka uniosła jedną brew, spoglądając porozumiewawczo na dziewczynkę.

-Mogę spróbować…- przyznała, wzruszając ramionami, jak gdyby była to tak błaha czynność jak spróbowanie nowego smaku płatków śniadaniowych.-  A co jeśli mnie złapie? – od razu spoważniała.

-O to się nie martw- mruknęła Victoria, zsuwając pośladki z biurka. –On jest jeden, my jesteśmy dwie. Nie uda mu się złapać i ciebie i mnie…- stwierdziła, siadając wygodnie na krześle, po czym szybkim ruchem przysunęła je do biurka.

-Wytłumacz mi o co ci chodzi…- poprosiła niebieskooka, podchodząc z zaciekawieniem do brunetki, która już pisała na niewielkiej kartce kilka liter.

- Jeśli nie uda nam się wyjść razem, proszę, postaraj się tam trafić.- poprosiła, podając siostrze karteczkę. Dziewczynka skinęła grzecznie głową. –Kiedy już dotrzesz do hotelu, to któryś z ochroniarzy na pewno zaprowadzi cię do Leny, pamiętasz ją?- spytała, lecz widząc skonsternowanie na jej twarzy zrozumiała, że jasnowłosa nie pamięta panny Prógowicz. –Lena jest naszą kuzynką. Na pewno ją poznasz. Jest blondynką, ma niebieskie końcówki włosów. Często używa mocnych kolorów szminek… Być może będzie u niej Zayn, jej chłopak. Jest wysokim mulatem…- tłumaczyła.

-Dobrze… Z tym jakoś sobie poradzę- odrzekła szybko.- A co będzie jeśli nie uda nam się wyjść?

-Obiecuję ci, że się uda. Jeśli nie zdążymy wyjść razem, to uciekniesz sama. Ja zajmę Harrego, żebyś miała łatwe pole ucieczki, rozumiesz? – wyjaśniła, na co niebieskooka mruknęła cicho. – Zatrzymam go tutaj najdłużej jak tylko będę mogła. Ale i tak… Błagam, biegnij najszybciej jak tylko potrafisz. Nie wiem jak bardzo daleko stąd jest ten hotel, a nie wiadomo jak długo Harry da się zatrzymać… - szepnęła.

-A jak mi się nie uda, to…- zaczęła niepewnie, lecz Victoria nie pozwoliła jej skończyć. Przyciągnęła ją do siebie, mocno wtulając w swoje ciało. Czule cmoknęła czubek jej głowy, po czym pogładziła po jej długich, prostych włosach.  

-Uda ci się. Jestem tego pewna- wyszeptała wprost w jej włosy. Delikatnie otarła łzę, płynącą spokojnie po policzku Vanessy. Uśmiechnęła się pokrzepiająco, po czym wskazała palcem w stronę walizki, leżącej w kącie pokoju. –Ubierz coś cieplejszego, na dworze pada śnieg…- poradziła.

W czasie, w którym Vanessa nałożyła na siebie swoją kurtkę, Victoria zapisała całą  kartkę pewnymi słowami, które razem tworzą zwięzłą, logiczną całość. Brunetka spojrzała za okno i niemal od razu gwałtownie wstała od biurka. Szybkim krokiem podeszła do siostry, pocierając jej ramię, by dodać jej otuchy. Wiedziała, że da sobie radę. Van zawsze była mądrą dziewczynką.

-Masz…- podała jej kartkę, która już dawno była złożona w równą kostkę.- Dasz to Lenie. Powiedz, żeby przeczytała to bardzo dokładnie- poleciła. – Pamiętaj, możesz zaufać tylko Lenie lub Zaynowi. Jestem pewna, że oni będą na tyle rozsądni, że zaczną mnie szukać…

-Dlaczego z góry zakładasz, że pójdę tam sama? – zdziwiła się Vanessa.

-Bo chwilę temu widziałam, jak ktoś wchodził w uliczkę obok tego budynku… -oznajmiła.- To pewne, że będziesz musiała poradzić sobie sama. Ja zrobię co w mojej mocy, żebyś mogła uciec.

-Ale Victoria… Ja… Ja nie chcę bez ciebie…- bąknęła Vanessa, próbując ukryć łzy, pchające się do oczu. –Nie chcę, żeby on ci coś zrobił…

-A ja nie chcę, żeby zrobił coś tobie, więc proszę, idź już… - powiedziała, ocierając zewnętrzną stroną dłoni policzki niebieskookiej.

-Ja nie mogę… On cię zabije… - mruknęła Mała, niedowierzając w to, że te słowa w ogóle mogły wydostać się z jej ust.

Obie nie chciały się rozstawać. Spotkały się pierwszy raz od kilu lat i od razu musiały podjąć tak ważną decyzję… Decyzję na wagę życia lub śmierci. Jedna z nich wybrała życie, a druga…

-Cii…- syknęła Victoria, by uciszyć spazmatyczne napady szlochu swojej siostry. –Już cicho… Słuchaj…- szepnęła.

 Już po kilku sekundach na korytarzu rozbrzmiało głośne stukanie męskich butów, w akompaniamencie skrzypienia podłogi. Chłopak gwizdał sobie jakąś melodię pod nosem. Brunetka poznała ją niemal od razu. Była to melodia z jej piosenki… Piosenki, którą grała na swoim ostatnim koncercie.

Panna Nowińska poczuła na sobie wyczekujący wzrok swojej siostry, przez co wyrwała się z zamyśleń w ciągu ułamka sekundy.

-Kiedy usłyszysz trzaśnięcie drzwi, uciekaj najszybciej jak potrafisz. Zanim on to usłyszy minie trochę czasu, nie będzie miał już szans, żeby cię dogonić, a wtedy ja jakoś go zatrzymam, zrozumiałaś? – wyszeptała najciszej jak tylko było to możliwe.

-Ale…- jęknęła Vanessa, trzęsąc się ze strachu.

-Nie ma żadnych „ale”… Dasz sobie radę, wierzę w ciebie!- mruknęła, całując jej blade czoło.

W tym samym momencie wszędzie rozbrzmiało głośne trzaśnięcie drzwi, oznaczające, że chłopak wszedł do pomieszczenia, w którym jakiś czas temu znajdowała się Victoria. Dziewczynka nie mogła uwierzyć, że to już. Nie mogła się ruszyć. Strach sparaliżował jej ciało, zawładnął jej umysłem.

-Biegnij!- krzyknęła Victoria, wybudzając młodszą siostrę z transu. Mała od razu zaczęła biec przed siebie ile tylko znalazła sił w nogach.

Brunetka wiedziała, że musi przygotować się na najgorsze… Głośno przełknęła ślinę, przymykając oczy…





***




Kochane, dziękuję za masę wyświetleń, dziękuję za ponad 200 like’ów na fb oraz za wszystkie komentarze! <3
Jesteście niezastąpione. :3

Co sądzicie o takim zwrocie akcji?
Co zrobi Harry?
Jak zachowa się Vic?


Jejku, czekam na komentarze. <3 

Do następnego. :)